Warszawa/Szkoła: Czy znowu prezydent Warszawy jest pod wpływem narkotyków?

(fot. REUTERS/Amanda Perobelli)

Podpisana przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego Karta LGBT stanowi zapowiedź działań ograniczających wolność ludzi; wprowadza indoktrynację od pierwszych lat życia – przekonuje w rozmowie z portalem tvp.info dr Tymoteusz Zych z Instytutu Ordo Iuris.Podpisanie przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego Deklaracji „Warszawska polityka miejska na rzecz społeczności LGBT+”, zwaną Kartą LGBT, spotyka się z lawiną krytycznych głosów. Co oznacza jej wprowadzenie w życie?

To jest dokument, który zawiera szereg bardzo groźnych rozwiązań. One będą budziły daleko idący sprzeciw z perspektywy wolności człowieka, już nie mówiąc o perspektywach takich jak dobro dziecka czy zasada równego traktowania. Karta LGBT narzuca pewien ideologiczny kanon poprawności, który ma być przestrzegany przez nie tylko urzędników urzędu miasta, ale też przez przedsiębiorców i wszystkich innych kontrahentów władz Warszawy.

Najgłośniej w mediach mówi się o wprowadzeniu do warszawskich szkół zajęć z edukacji seksualnej według standardów WHO.

Warto podkreślić, że standardy WHO są przedmiotem powszechnej krytyki. Znajdują się w nich zapisy m.in. o zabawach w lekarza, gdy dzieci mają mniej niż cztery lata. Do dzieci od czterech do sześciu lat dedykowane są tematy dotyczące masturbacji. W wieku pomiędzy sześcioma a dziewięcioma latami mowa jest o antykoncepcji i „seksie w internecie”, a od dziewiątego do 12. roku życia o różnych zachowaniach seksualnych – o ich przyjmowaniu i akceptowaniu. To są sprawy budzące największy sprzeciw rodziców, psychologów i pedagogów.

Na jakiej zasadzie prezydent Trzaskowski może wprowadzić te zajęcia do szkół?

Brakuje tutaj podstawy prawnej. Można nawet domniemywać, że dojdzie do uzurpacji kompetencji prezydenta. Prezydent Trzaskowski nie ma żadnego wpływu na program nauczania – jest on ustalany przez Ministra Edukacji Narodowej. Na program wychowawczy też nie ma wpływu – kształtowany jest on w szkole z udziałem dyrekcji i rodziców. Zawarte jest to w przepisach ustawy oświatowej – artykuły 57 i 58.

Prezydent może wnioskować, ale nie może ustalać programu. Teoretycznie może wchodzić w grę formuła zajęć dodatkowych, ale na nie muszą wyrazić zgodę rodzice każdego dziecka z osobna. Na pewno nie o to chodzi prezydentowi Trzaskowskiemu, który chciałby, żeby w zajęciach tych obowiązkowo uczestniczyli wszyscy uczniowie.

Pojawia się pytanie, czy takie kwestie leżą w kompetencjach prezydenta Warszawy?

Kiedy były wprowadzane zajęcia, które nominalnie miały dotykać mowy nienawiści, to podłożono pod nią homofobię jako sprzeciw wobec postulatów ruchu LGBT, jako np. niedopuszczalną formę opresji wobec dzieci poprzez stwierdzenie, że „chłopcy nie chodzą w spódniczkach”. Te absurdalne zajęcia zostały nakazane przez prezydenta Trzaskowskiego szkołom. Jego pracownicy wysłali e-maile do szkół, w których zobowiązali dyrektorów do przeprowadzenia zajęć. W ogóle nie było napisane, na jakiej podstawie prawnej to się dzieje, w jakim trybie. To było najprawdopodobniej złamanie przepisów prawa oświatowego. To, co w tej chwili zapowiedział prezydent Trzaskowski, wskazuje na to, że nie tylko nie schodzi z tej drogi, ale chce ją kontynuować.

A na jakiej podstawie prawnej mają działać w szkołach tzw. latarnicy?

Też tego nie wiadomo. „Latarnik” ma być w zamierzeniu rzecznikiem popierającym osoby, u których dopatrzy się preferencji LGBT i ma takie osoby „popierać”. To ewidentnie funkcja o charakterze politycznym. Nie wiadomo dokładnie, na czym miałoby polegać to „popieranie”. Nie wiadomo, dlaczego faworyzowanie ma jedynie rozwiązywania konfliktów przez faworyzowanie jednej strony. To jest nieracjonalne podejście. Pamiętajmy, że propozycja wprowadzenia „latarnika” pojawia się w sytuacji, gdy w szkołach brakuje pedagogów i psychologów.

Co mogą zrobić rodzice, którzy sprzeciwiają się takim zajęciom dla ich dzieci?

Rodzice mają szereg możliwości, by bronić swoich dzieci. Można złożyć stosowne oświadczenie – jest ono dostępne na stronie Instytutu Ordo Iuris – i ono powinno być respektowane. Jeżeli dochodzi do łamania norm prawnych, można też złożyć zawiadomienie do kuratorium. Na razie nie wiemy, czy podczas zajęć będzie łamane prawo, czy też nie. Jeśli do zajęć dojdzie, dobrze by było, żeby wprowadzić jakieś mechanizmy monitoringu. Wiemy o tym, jak wyglądają tego typu zajęcia choćby w Niemczech czy w Holandii. Te materiały są zresztą dostępne w Internecie, zostały przetłumaczone ku przestrodze przez niektóre organizacje na język polski.

Wiemy, że niektóre z przewidywanych w tych materiałach działań wręcz graniczą z naruszeniem prawa karnego. Nie znaczy to oczywiście, że w Polsce będzie ten model dokładnie w takiej formie wdrażany. WHO operuje na pewnym poziomie ogólności, ale nawet na tym poziomie można stwierdzić, że jest to gruntownie niezgodne z polskim systemem konstytucyjnym z podstawami prawa oświatowego i przede wszystkim dobrem dziecka.

Można podpisywać petycję przeciwko tej szkodliwej karcie, która stanowi zapowiedź działań ograniczających wolność ludzi i dopuszczalną przestrzeń debaty publicznej, wprowadzającej indoktrynację od pierwszych lat życia na stronie https://www.maszwplyw.pl/.

Wątpliwości prawne budzi też Karta różnorodności, dotycząca wyróżniania urzędników miejskich i przedsiębiorców afirmujących działania LGBT.

Ona została wdrożona wcześniej przez kilka zagranicznych firm w Polsce. Na stronie internetowej tego dokumentu znajduje się informacja, że został on przygotowany m.in. przez Kampanię Przeciwko Homofobii, Feminotekę i aktywistę politycznego Krzysztofa Śmiszka. Karta ta ma za zadanie wdrożyć tzw. zarządzanie różnorodnością. Mamy tu więc odejście od zasady równego traktowania na rzecz tzw. zarządzania różnorodnością ze względu na orientację psychoseksualną, styl życia i tożsamość płciową. To pojęcie – zarządzanie różnorodnością – nie występuje w polskim systemie prawnym. Ewidentnie nie chodzi tutaj o brak dyskryminacji, tylko o pozytywne uwzględnienie pewnych przesłanek, w tym orientacji psychoseksualnej, w takich procesach jak rekrutacja, awanse, ustalaniu stawki wynagrodzeń. Wprost jest tam napisane, że w tych procesach ma zaistnieć zarządzanie różnorodnością. Jest duża literatura na ten temat.

Czyli rozumiem, że celem ma być promowanie pewnych grup?

To jest trochę zmieniona i bardziej kompleksowa wersja pewnej akcji afirmacyjnej, czyli przyznawania punktów i preferencji na rzecz grup, które zostały uznane za wymagające w jakiś sposób dowartościowania. Zarządzanie różnorodnością zakłada, że te wszystkie preferencje dla określonych grup mają być przyznawane nie tylko ze względu na ich własne interesy, ale ze względu na dobro firmy. Próbuje się tworzyć przekonanie, że jeżeli zagwarantuje się pewną liczbę homoseksualistów w gronie zarządzającym, decyzyjnym, to wówczas będą one działały lepiej. Oczywiście nie jest to poparte żadnymi wynikami badań.

Jak to ma się do mechanizmów awansów w urzędzie miasta?

Nie będą one się już się opierały wyłącznie na kryteriach merytorycznych, gdyż jednym z kryteriów przy awansie mają być zachowania seksualne osoby. Zagadką jest, jak prezydent Trzaskowski będzie chciał to pogodzić z kodeksem pracy, którego jeden z artykułów zakazuje dyskryminacji ze względu na m.in. przekonania polityczne, religijne, bezwyznaniowość czy też na orientację seksualną. Również wielką zagadką jest, jak pogodzić rozwiązania dotyczące klauzul antydyskryminacyjnych.

Jeszcze nie wiemy dokładnie jak będą one wyglądać, ale można się spodziewać, że będą one narzucały ideologiczne założenia wszystkim podmiotom współpracującym z warszawskim ratuszem. Od tego będzie zapewne uzależniona współpraca miasta stołecznego Warszawy i podległych mu jednostek z przedsiębiorcami, przy przetargach, w funkcjonowaniu zamówień publicznych. Dotyczyć to będzie zapewne też współpracy z organizacjami pozarządowymi, dofinansowanie ich czy udostępniania im lokali.

A jak będzie definiowana kwestia dyskryminacji?

Jeżeli klauzula antydyskryminacyjna będzie sformułowana ogólnikowo, to po tym, jak kilka tygodni temu prezydent Trzaskowski definiował „mowę nienawiści”, dzisiaj możemy się domyślać, jak będzie definiował kwestię dyskryminacji. Można się spodziewać, że wszyscy, którzy nie zgadzają się ze skrajną lewicą, albo będą wykluczeni w swoich miejscach pracy, albo, jak napisano w tym materiale, poniosą bliżej niezdefiniowane w dokumencie sankcje.

Jakie to będzie miało efekty?

Doprowadzi to do sytuacji, że wszyscy przedsiębiorcy, którzy będą chcieli współpracować z miastem, wszystkie organizacje pozarządowe, kontrahenci, będą za wszelką cenę unikali wypowiadania się na pewne tematy, chyba że te wypowiedzi będą zbieżne ze poglądami politycznymi prezydenta miasta.

Rozmawiał Petar Petrović.
Autor jest dziennikarzem Polskiego Radia.

źródło: [