Wenezuela: Głodują, zjadają nawet zwierzęta z zoo. I umierają na choroby

Rosyjski protegowany Nicolás Maduro zagładza Wenezuelczyków na śmierć.

Większość protestujących niemal codziennie mieszkańców Wenezueli pragnie jakiejkolwiek zmiany i nie zastanawia się nad tym, czy ktoś nie urządza im za plecami puczu, o co „amerykańskich imperialistów” oskarża prezydent Maduro.

W Wenezueli brakuje wszystkiego: wody, żywności, leków, elektryczności, internetu, telefonów. W kraju leżącym na najbogatszych w świecie złożach ropy naftowej brakuje nawet benzyny. Ludzie głodują. Od 2017 roku, 64 proc. mieszkańców Wenezueli straciło średnio 11 kg wagi ciała. Nikogo już nie bulwersują informacje, że z ogrodów zoologicznych zniknęły zwierzęta, których mięso nadaje się do jedzenia.

Przez niemal sześć lat rządów prezydenta Nicolása Maduro, następcy zmarłego w 2013 roku na raka Hugo Cháveza, minimalne wynagrodzenie spadło z 350 dolarów na miesiąc do 7 dolarów (w przeliczeniu, po cenach czarnorynkowych, to 5 mln boliwarów). Na dodatek, za te pieniądze nie da się w tej chwili kupić nawet palety jajek.

Ubiegłoroczna inflacja wyniosła według MFW… milion procent! Na zakupy trzeba się wybierać z wózkiem banknotów. Przed sklepami ustawiają się gigantyczne kolejki mimo, że półki zazwyczaj świecą pustkami.

Socjalistyczny eksperyment Cháveza i Maduro działał dopóty, dopóki na światowych rynkach nie spadły ceny ropy. Podobnie jak w dawnej Portugalii zasilanej brazylijskim złotem, także w Wenezueli niemal wszystkie produkty spożywcze były importowane, dlatego, kiedy naftowe eldorado się skończyło, mieszkańcy nie mają co włożyć do garnka.

Brakuje leków i szczepionek, a ludzie umierają na choroby, które w cywilizowanym świecie już nie występują. W dodatku, wciąż rośnie przestępczość, a mieszkańcy miast boją się wieczorem wychodzić z domu.

Wenezuela jest też w dziesiątce najbardziej skorumpowanych krajów świata.

Reżim prześladuje opozycję, a media są cenzurowane. Od 2014 roku aresztowano 4 tys. osób. Według danych Foro Penal Venezolano (organizacji pozarządowej, która z pomocą armii wolontariuszy wspiera prześladowanych) reżim Maduro więzi w tej chwili 288 opozycjonistów.

Policja brutalnie tłumi też wszelkie protesty. W ostatnich manifestacjach przeciwko prezydentowi Maduro zginęło już ponad 40 osób, a 900 zostało aresztowanych. Zatrzymano także 11 dziennikarzy.

Trudno się więc dziwić, że według danych ONZ z tego socjalistycznego piekła uciekło już do Kolumbii i Brazylii 3 mln Wenezuelczyków.

Kiedy Trump zamieszkał w Białym Domu

Reszta właśnie wyszła na ulice. Większość protestujących niemal codziennie mieszkańców Wenezueli pragnie jakiejkolwiek zmiany i nie zastanawia się nad tym, czy ktoś nie urządza im za plecami puczu, o co „amerykańskich imperialistów” oskarża prezydent Maduro.

Jak bowiem przekonuje Joana Jatar Hausmann, amerykańska aktorka wenezuelskiego pochodzenia, której film o sytuacji Wenezueli stał się viralem, jej rodacy chcą po prostu odbić swój kraj z rąk dyktatora, który doprowadził ich do ruiny.

Długo na to czekali, ale to, co przez tyle lat wydawało się niemożliwe, dzieje się na naszych oczach. Carlos Albert Montaner, wygnany z Kuby za czasów Fidela Castro, a dziś znany w Ameryce Łacińskiej publicysta, uważa, że wyrwanie się z objęć trzęsącej dotąd większością kontynentu lewicy jest możliwe dopiero teraz, bo do Białego Domu wprowadził się Donald Trump.

Amerykański prezydent od początku nazywał tzw. boliwariańską rewolucję Cháveza – nieudolnie kontynuowaną przez jego następcę, byłego kierowcę autobusu, nad którą rozpływała się swego czasu europejska lewica – „socjalistyczną dyktaturą”. Montaner obawia się jedynie, czy Trumpowi wystarczy konsekwencji.

Wielu Wenezuelczyków uważa, że Maduro pełni urząd prezydenta bezprawnie. W ubiegłym roku wygrał wprawdzie kolejne wybory, ale zostały one ogłoszone przez powołane w 2017 roku przez niego, składające się wyłącznie z jego zwolenników Zgromadzenie Ustawodawcze, a nie przez parlament. Maduro chciał w ten sposób zmarginalizować parlament, w którym po wyborach w 2015 roku większość ma opozycja.

Poza tym, w trakcie kampanii najpopularniejsi liderzy opozycji znaleźli się albo w więzieniu, albo na emigracji. W efekcie w wyborach wzięło udział zaledwie 20 proc. Wenezuelczyków. Według sondaży instytutu Datanalisis Maduro popierało wówczas tylko 21 proc. obywateli, a mimo to wygrał z wynikiem 68 proc. Nic dziwnego, że opozycja i międzynarodowi obserwatorzy uznali, iż wybory zostały sfałszowane.

Podział jak z zimnej wojny

Maduro nie przejmował się krytyką, a manifestacje tłumił gazem łzawiącym i gumowymi kulami.

W tym roku, z powodu coraz dramatyczniejszej sytuacji gospodarczej miarka się jednak przebrała. Masowe protesty przeciwko władzy zaczęły się na ulicach wenezuelskich miast 21 stycznia. Dwa dni później, Juan Guaidó, syn taksówkarza i przewodniczący wenezuelskiego parlamentu, ogłosił się tymczasowym – do czasu przeprowadzenia nowych wyborów – prezydentem Wenezueli. I niemal natychmiast świat podzielił się w tej sprawie tak, jak za czasów zimnej wojny.

Nowego prezydenta uznali Amerykanie. Dołączyły do nich Kanada i kraje latynoskie, w których od niedawna rządzi prawica. USA nałożyły też sankcje na wenezuelskie przedsiębiorstwo naftowo-gazowe PDVSA, jedyne właściwie źródło przychodów reżimu Maduro.

Lider wenezuelskiej opozycji zyskał też poparcie Parlamentu Europejskiego i wielu krajów zachodnich, m.in. Kanady, Australii, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Portugalii. Co charakterystyczne, w tym ostatnim jedyną partią, która nie chciała zgodzić się na uznanie Guaidó była Komunistyczna Partia Portugalii, założona jeszcze pod ziemią za czasów Salazara i wspierana wówczas przez Kreml.

Guaidó poparły także najważniejsze państwa Ameryki Łacińskiej, m.in. Brazylia, Kolumbia, Argentyna, Chile i Peru. Po jego stronie stanął też sekretarz generalny Organizacji Państw Amerykańskich Luis Almagro, były minister spraw zagranicznych Urugwaju, który stwierdził, że albo jest się za demokracją, albo za dyktaturą. Jego wsparcie, jak zwracają uwagę komentatorzy w latynoskich mediach, jest niezwykle ważne, bo jest lewicowcem pochodzącym z kraju, który poparł Maduro i nikt nie oskarży go o to, że sprzedał się amerykańskim imperialistom. A właśnie o próbę obalenia legalnego rządu oskarżają Amerykanów państwa, które murem stanęły za Nicolás’em Maduro.

Rosja pospieszyła od razu z zapewnieniami, że – jak oznajmił szef MSZ Siergiej Ławrow – „zrobi wszystko, co możliwe, aby wesprzeć legalne władze Wenezueli”. Ma w tym oczywiście interes, bo jak powiedział w Radiu Sputnik amerykanista Konstantin Błochin, Rosjanie zainwestowali w Wenezueli 17 miliardów dolarów.

Chiny, które też stanęły w obronie Maduro, wydały w Caracas jeszcze więcej, według Błochina, może nawet trzy razy więcej. Błochin nazwał zresztą próbę obalenia Maduro „maniakalnym pomysłem” USA, które boją się współpracy technicznej i wojskowej na linii Moskwa-Caracas.

Kto obroni Maduro?

Czy jednak Rosjanie są gotowi czynnie wspomóc Maduro? Wysyłają w każdym razie takie sygnały. „Nowaja Gazieta” napisała 28 stycznia, że do Caracas wyleciał czarter linii NordWind Airlines, które nigdy wcześniej nie miały połączenia z Wenezuelą. Gazeta sugerowała, że na pokładzie samolotu mogli znajdować się najemnicy mający bronić Maduro. Nawet agencja Reuters podała, że do Caracas mogła się wybrać tzw. grupa Wagnera, jednostka, która powstała na zlecenie kierownictwa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej i działała m.in. na Krymie w 2014 roku, a ostatnio w Syrii.

Niejako w odpowiedzi na te sugestie, John Bolton, doradca ds. bezpieczeństwa prezydenta Trumpa, pojawił się na konferencji prasowej z notatnikiem, na którym można było przeczytać wiele sugerujące zdanie: 5 tys. żołnierzy do Kolumbii. Zapytana o to rzecznik Białego Domu odpowiedziała enigmatycznie, że wszystkie możliwości są w grze.

W rosyjską albo amerykańską interwencję zbrojną wierzą chyba jednak tylko media. Tym bardziej, że według amerykańskiego think tanku Stratfor Maduro już dwa lata temu sondował możliwości uzyskania azylu w Rosji.

Ale jeśli ktokolwiek rzeczywiście myśli o zbrojnym wsparciu Maduro, to nie bez znaczenia jest stanowisko Kuby, która pełnymi garściami, już od czasów Chaveza, czerpała z naftowych złóż Wenezueli. Mówiono nawet, że Kuba dostaje ropę za darmo, żeby potem sprzedać ją z zyskiem.

Według Carlosa Alberta Montanera w Wenezueli przebywa obecnie prawie 100 tys. Kubańczyków, wśród których lekarze i personel medyczny stanowią mniejszość. Publicysta dziennika „Miami Herald” jest jednak zdania, że Hawana nie zdecyduje się użyć tysięcy szpiegów działających pod przykrywką, żeby bronić Maduro.

Kubą rządzi w tej chwili nieoficjalnie Raúl Castro, brat zmarłego dwa lata temu Fidela razem z nominalnym przywódcą państwa Miguelem Díazem-Canelem. Obaj zdążyli się już przekonać, że obecny lokator Białego Domu nie uległ złudnemu czarowi kubańskiej pieriestrojki, jak jego poprzednik. Za czasów Baracka Obamy Amerykanie otworzyli w Hawanie ambasadę. Prezydent Trump uznał jednak, że kubańskiemu reżimowi dano zbyt wiele, niewiele otrzymując w zamian i wprowadził zakaz handlu i kontaktów z firmami powiązanymi z kubańskimi służbami i z armią.

Kokainowe eldorado

Zmieniła się też Ameryka Łacińska. Chavizm przestał być modny, a komunistyczna Kuba nie pełni już roli nieformalnego lidera kontynentu. Gdzie te czasy, kiedy lewicowi przywódcy Brazylii, Kolumbii, Kuby i Argentyny, na czele z Fidelem Castro, Hugo Chávezem i Luisem Lula da Silvą (byłym prezydentem Brazylii dziś odsiadującym wyrok za korupcję) zbierali się w towarzystwie handlarzy kokainą z czerwonej, kolumbijskiej partyzantki FARC i planowali kolejne wygrane wybory?

Choć wydaje się to historią wziętą ze scenariusza sensacyjnego serialu, powiązania tej lewicowej mafii narkotykowej szczegółowo opisał Leonardo Coutinho, brazylijski dziennikarz tygodnika „Veja”, w książce pt. „Hugo Chávez. O Espectro”.

Chávez miał osobiście przygotowywać strategię współpracy z kartelami narkotykowymi, bo przekonano go – jak się okazało nie bez racji – że kokaina to pewniejszy biznes niż ropa. Zresztą, już w 2017 roku, wiceprezydent Kolumbii, Óscar Naranjo oskarżał na łamach dziennika „El Tiempo” wysokich rangą urzędników wenezuelskich o kierowanie handlem narkotykami. Przez Wenezuelę miało przechodzić 90 proc. produkcji kolumbijskiej kokainy. Narkotyk zapewniał liderom lewicy olbrzymie pieniądze.

Jak duże sprawdził hiszpański dziennikarz Nacho Carretero, autor książki „Fariña”. Kokaina jest najczęściej używanym w Europie narkotykiem. Co roku sprzedaje się 91 ton kokainy za około 5,7 mld euro. Na Stary Kontynent, najczęściej do hiszpańskiej Galicji, biały proszek dociera z Kolumbii, Wenezueli i Peru. Według Coutinho, z tego bogactwa co najmniej do połowy 2000 roku mogła korzystać latynoska lewica, rządząca w 2/3 krajów Ameryki Łacińskiej: Wenezueli, Argentynie, Brazylii, Urugwaju, Paragwaju, Ekwadorze i w Boliwii.

Ale zaczęła się inna epoka i szanse Maduro na utrzymanie władzy są dziś niewielkie. Po raz pierwszy bowiem od lat 80., kiedy Ameryką Łacińską rządziły wojskowe dyktatury, trzy największe gospodarki na tym kontynencie znalazły się w rękach prawicy.

W Argentynie w 2015 roku wybory prezydenckie wygrał Mauricio Macri, prawicowy burmistrz Buenos Aires, w Brazylii od stycznia rządzi konserwatywny protestant Jair Bolsonaro, a w Chile w grudniu 2017 roku w wyborach zwyciężył Sebastián Piñera, biznesmen i polityk prawicy, szef partii Narodowej Odnowy. Prawica rządzi także w Kolumbii, gdzie w czerwcu 2018 roku wybory prezydenckie wygrał konserwatysta Ivan Duque, którego liberalne media od razu okrzyknęły populistą – tak jak Bolsonaro.

Co zrobi wojsko?

Maduro zdaje się nie dostrzegać, że na jego kontynencie wieją już inne wiatry. Wciąż posługuje się retoryką z czasów zimnej wojny. Galopującą inflację tłumaczy tym, że bankierzy przemycają gotówkę do Kolumbii, żeby w ten sposób sabotować wenezuelską gospodarkę. Wszędzie widzi imperialistycznych wrogów. Oskarża USA i Kolumbię o to, że chcą go zgładzić.

„Jeśli coś mi się stanie, odpowiedzialni będą Donald Trump i Ivan Duque” – powiedział w pierwszym od czasu masowych protestów zagranicznym wywiadzie dla rosyjskiej agencji informacyjnej RIA.

Odniósł się też, do kwestii nowych wyborów, których domaga się Guaidó i stwierdził, że „już się przecież odbyły, a jeśli imperialiści chcą nowych, muszą poczekać do 2025 roku”.

Co dalej? Paradoksalnie warto w tym miejscu zacytować komentarz rosyjskiego ekonomisty Andrieja Suzdalcewa, wykładowcy Wyższej Szkoły Ekonomii w Moskwie, który na antenie radia Sputnik zdradził (przypadkiem?), czego obawia się Moskwa. Wszystko zależy od służb specjalnych i wojska.

Jego zdaniem, wenezuelskie wojsko wciąż mocno wspiera Maduro, ale nie wiadomo jak długo to potrwa. A Rosjanie z pewnością świetnie orientują się w nastrojach w wenezuelskiej amii. Nie brakuje im też doświadczenia w sterowaniu wojskowymi przewrotami.

W 1975 roku, gdyby nie umiarkowanie nastawieni wojskowi, Portugalia stałaby się drugą Kubą. Po rewolucji goździków z 1974 roku, wspierani przez Moskwę komuniści spróbowali jeszcze jednego przewrotu. Stanęła im wtedy, na szczęście, na drodze grupa wojskowych, której przewodził gen. Ramalho Eanes. Generał, przyszły prezydent republiki, pozbawił generałów i pułkowników związanych z Komunistyczną Partią Portugalii wpływu na władzę. Jak będzie w Wenezueli?

Maduro pojawił się w ubiegłym tygodniu u boku swojego ministra obrony Władimira Padriño Lópeza i robił dobrą minę do złej gry. W Maracay, 100 km od Caracas, uczestniczył w przygotowaniach do manewrów, które mają się odbyć w lutym. Potem przemawiał też w czasie ćwiczeń w stolicy, w wojskowym kompleksie Fuerte Tiuna.

Wzywał co prawda do jedności i do odcięcia się od „spiskowców”, ale nie jest chyba w stanie powstrzymać narastającej fali.

Część wojskowych już przechodzi na stronę Guaidó. 23 stycznia sieć obiegło nagranie z telewizji NTN24 generała Jesusa Alberto Milano Mendozy, który wezwał dowódców do zorganizowania pokojowych marszów przeciwko Maduro i zachęcał do opowiedzenia się po stronie „ludu Wenezueli”. Co ważne, Mendoza jest byłym szefem ochrony osobistej Cháveza.

Komentatorzy już mówią, że to pierwszy wysoki rangą wojskowy, który staje po stronie opozycji. Z kolei, w ubiegłym tygodniu, attache wojskowy Wenezueli w Waszyngtonie pułkownik José Luis Silva opowiedział się po stronie opozycji i wezwał innych wojskowych do tego, żeby uznali nowego prezydenta.

Według prof. Filipe Vasconcelos Romão, wykładowcy Autonomicznego Uniwersytetu w Lizbonie i Uniwersytetu ORT w Urugwaju, który skomentował sytuację w Wenezueli na łamach dziennika „Publico”, „władza Maduro zależy już niemal wyłącznie od armii.”

– Autor: Anna Gwozdowska (źródło: tygodnik.tvp.info )