UE: Włochy zawiodły Kreml. Sankcje przeciw Rosji będą trwały długo

Unia Europejska okazała się organizmem silniejszym niż przypuszczano. Więzi lojalności w ramach UE i sojuszniczych zobowiązań mimo konfliktów na poziomie retorycznym, nie zostały wcale nadwątlone. Niedawna wizyta w Warszawie wicepremiera włoskiego rządu i lidera Ligi, a zwłaszcza to, co przy tej okazji mówił, stało się dla rosyjskich elit czymś w rodzaju zimnego prysznica. Przypomnijmy, że Matteo Salvini zapowiedział budowę osi Rzym – Warszawa, do której – jego zdaniem – mogą i winny przyłączyć się mniejsze europejskie państwa opowiadające się za Europą Ojczyzn, a przeciwne unifikacyjnej polityce Paryża i Berlina.

Przy okazji Salvini użył nie budzącej dobrych skojarzeń w Moskwie metafory o czekającej nasz kontynent „wiośnie narodów”. W tym kontekście mówił o przebudowie Unii Europejskiej i nadaniu europejskiemu projektowi integracyjnemu nowej energii.

W poniedziałek, po wizycie Salviniego w Warszawie, wywiadu dla „Corriere della Sera” udzielił włoski minister spraw zagranicznych Enzo Milanesi. Pytany przez dziennikarza o przyszłość antyrosyjskich sankcji powiedział to, co przedstawiciele włoskich elit przy takich okazjach mówią najczęściej, niezależnie od politycznych afiliacji.

Spór o sankcje

Otóż, jego zdaniem sankcje nie mogą trwać wiecznie, są one ze swej natury obliczone na spowodowanie modyfikacji polityki kraju, który został nimi obłożony, i jeśli tego efektu brak, to trudno utrzymywać je w nieskończoność. Nie omieszkał jednak dodać, że w przypadku Rosji, sankcje zostały wprowadzone przez Unię Europejską i NATO, natomiast Włochy się do nich przyłączyły w imię zobowiązań sojuszniczych i nie mają zamiaru zachowywać się nielojalnie.

Innymi słowy, przekładając na rosyjski, jak napisał jeden z rosyjskich publicystów, Włochy są przeciwnikami sankcji wobec Rosji, „ale nie tak silnymi, aby blokować ich automatyczne przedłużanie”

Warszawska wizyta Salviniego jest z perspektywy Moskwy kluczowa również i z tego względu, że jak się tam uważa, Polska, rządzona przez obecną ekipę, jest jednym z najbardziej antyrosyjsko nastrojonych krajów w Europie. A w nowej włoskiej ekipie Moskwa widziała tych, którzy doprowadzą do zmiany polityki Unii wobec Rosji. A zatem od wyników warszawskich rozmów mogło zależeć to, na ile rosyjskie nadzieje mogą się w najbliższej przyszłości zmaterializować.

Teraz ton komentarzy rosyjskich obserwatorów jest dość sarkastyczny, bo wygląda na to, że Salvini zabiegając o współpracę z Warszawą skłonny jest dość łatwo zapomnieć o swoich wcześniejszych deklaracjach. Gdyby te obawy się potwierdziły, to byłby to drugi istotny sukces w polityce wobec Rosji rządzącego w Polsce, a bardzo nielubianego na Wschodzie, obozu politycznego.

Najpierw dzięki staraniom Warszawy antyrosyjska opcja, która wcześniej silna była niemal wyłącznie w krajach bałtyckich, stała się jednym z istotnych czynników wpływających na kształt polityki Brukseli. Z prostego powodu. Jak mówi w wywiadzie prasowym przedstawiciel Rosji przy Unii Europejskiej Władimir Cziżow, przeciwnicy sankcji powołujący się na ich nieskuteczność, proponują ich stopniową likwidację, tylko, że równocześnie przedstawiciele krajów zaliczanych do grupy zwolenników tych kar oponują przeciw takim działaniom dowodząc, że owszem, są one nieskuteczne, ale dlatego trzeba je zaostrzyć. I w efekcie mamy do czynienia z sytuacją patową.

Zdaniem rosyjskich ekspertów, aby Unia zniosła sankcje, trzeba siły, która uzyska przewagę nad blokowaniem zmian w polityce Brukseli wobec Moskwy. Warszawa wraz z sojusznikami ma zdolność takiego blokowania, i utrzymywania polityki zagranicznej Unii w jej naturalnym, inercyjnym korycie. Trudno spodziewać się zaostrzenia polityki wobec Rosji, ale nie ma co też spodziewać się jej zmiękczenia.

Jeden z rosyjskich publicystów napisał w związku z warszawskimi spotkaniami włoskiego wicepremiera, oraz wypowiedziami włoskiego ministra spraw zagranicznych że „Rosja przeceniała przyjacielskie nastawienie Włoch”. Bo rzeczywiście zaraz po wyborach nad Tybrem, w Moskwie krążyła opinia, że nie trzeba będzie wiele czasu, aby nowy rzymski gabinet zgłosił veto wobec antyrosyjskich sankcji.

Rosyjscy obserwatorzy sceny międzynarodowej nadzieje te opierali na licznych wypowiedziach włoskich polityków, w tym i Salviniego. Ten miał uchodzić za wypróbowanego przyjaciela Rosji, bo został sfotografowany w czapeczce z wizerunkiem Putina oraz jako jeden z pierwszych europejskich polityków pojechał na okupowany Krym. Włoski wicepremier wielokrotnie publicznie, jak choćby we wrześniu i w grudniu ubiegłego roku, opowiadał się też za potrzebą rewizji unijnej polityki wobec Rosji. Teraz okazuje się, że kiedy w grę wchodzą interesy, retoryka cichnie.

Moskwa nie ma oferty

Temat sankcji był już przedmiotem włosko-rosyjskich rozmów, kiedy w październiku ubiegłego roku w Moskwie przebywał premier Giuseppe Conte. Tyle że wizyta ta wywołała rozczarowanie w Rosji. Wówczas też padło dużo słów o konieczności współpracy, przede wszystkim gospodarczej. Ale jak przyszło co do czego, to okazało się, że włoski koncern paliwowy Eni wycofuje się ze wspólnych projektów na Morzu Czarnym z rosyjskim Rosnieftem, a włoski premier zapytany wprost przez włoskiego dziennikarza, czy wystąpi z propozycją zniesienia sankcji, kluczył i unikał jednoznacznych odpowiedzi.

Rosyjscy obserwatorzy byli wtedy zdania, że wycofanie się Włochów z potencjalnie bardzo lukratywnej kooperacji z rosyjskich gigantem naftowym powodowane jest obawą o „znalezienie się na celowniku Amerykanów”.

Decyzje o zamrożeniu kooperacji podjęto już w kwietniu, kiedy Waszyngton wprowadził pierwszą turę sankcji. Ale z jej ogłoszeniem czekano do końca października, licząc prawdopodobnie na porozumienie Rosji z USA. Zwrócono też uwagę na to, że Moskwa w gruncie rzeczy nie ma wiele do zaproponowania.

Nawet sformułowana wówczas przez włoskiego premiera propozycja, aby władze rosyjskiego banku centralnego, lokującego miliardy dolarów w rezerwy, kupiły włoskie obligacje skarbowe i w ten sposób wzmocniły pozycję Rzymu w trudnych rokowaniach z Brukselą w sprawie akceptowalnego poziomu deficytu budżetowego, przemknęła bez echa. Przede wszystkim z tego względu, że Rosja od dłuższego już czasu uprawia w odniesieniu do Europy tanią politykę odziaływania propagandowego i w cyberprzestrzeni, skrzętnie przy tym wystrzegając się ryzykownego angażowania własnych kapitałów. To jedna z lekcji wyniesionych przez Rosję z ukraińskiego kryzysu. Pożyczone wtedy, w wyniku osobistej decyzji Władimira Putina, rządowi Wiktora Janukowycza, miliardy dolarów, do dziś nie zostały zwrócone.

To zresztą nie pierwsze „europejskie” rozczarowanie Moskwy. Tamtejsi komentatorzy zwracają uwagę na to, że Putin jeszcze kilka miesięcy temu bawił się na weselu austriackiej minister spraw zagranicznych, Karin Kneissl, co nie przeszkodziło Wiedniowi, po kryzysie w Cieśninie Kerczeńskiej, wystąpić z propozycją zaostrzenia sankcji.

Podobną w gruncie rzeczy, zdaniem wielu rosyjskich obserwatorów, politykę uprawia też Budapeszt. W Moskwie odnotowano, że Węgry przyłączyły się do sankcji związanych z próbą otrucia Siergieja Skripala. W dodatku w trakcie ostatniej kampanii wyborczej do węgierskiego parlamentu tamtejsza prokuratura oskarżyła jednego z liderów opozycyjnego prawicowego Jobbiku, Bélę Kovácsa o to, że jest rosyjskim agentem. A trzeba pamiętać, że jego formacja jest siostrzanym ugrupowaniem rosyjskiej partii władzy Jedna Rosja.

Na to nałożyły się wypowiedzi samego Orbana, który przed niedawnym szczytem NATO, określił Rosję mianem „zagrożenia dla Europy”, a także deklaracje rządu, iż jest zainteresowany dywersyfikacją źródeł dostaw gazu dzięki budowie połączeń z Rumunią, Chorwacją i Polską (Gazoport).

Podobnie władze Cypru, kraju uznawanego za tradycyjnie bliski Rosji, pod wpływem misji amerykańskiego ministerstwa finansów, zdecydowały się na zaostrzenie przepisów związanych z przyjmowaniem rosyjskich kapitałów, a ostatnio w rosyjskiej prasie pojawiły się informacje o planowanej budowie na wyspie amerykańskiej bazy wojskowej.

Niemała jest w związku z tym w Rosji grupa obserwatorów sceny międzynarodowej, którzy uważają, że w gruncie rzeczy europejska polityka Moskwy, to pasmo porażek. Unia okazała się organizmem silniejszym niźli przypuszczano, więzi europejskiej lojalności i sojuszniczych zobowiązań mimo konfliktów na poziomie retorycznym, nie zostały wcale nadwątlone, a antyrosyjskie sankcje będą trwały jeszcze bardzo długo.

Mało tego, działania Moskwy wspierającej europejskie formacje antyestablishmentowe wywołuje skutki odwrotne od oczekiwanych. Z jednej strony konsoliduje się opcja liberalna, zacieśniając swe szeregi w obliczu „zagrożenia ze Wschodu”, z drugiej zaś populiści po dojściu do władzy okazują się być o wiele bardziej proamerykańscy niźli stare europejskie elity.

Zwycięża opcja atlantycka

Retorycznie cenią, tak jak Matteo Salvini, Władimira Putina, bo liderom nowych formacji podoba się jego polityka obliczona na realizację interesu narodowego, ale to nie oznacza, że w sojuszu z Moskwą widzą rozwiązanie własnych problemów. Wiele jest słów o przyjaźni, lecz w ostatecznym rachunku zwycięża opcja atlantycka i głos antyrosyjsko nastawionych państw bałtyckich i Polski.

Tacy wpływowi rosyjscy eksperci, jak na przykład jeden z liderów Klubu Wałdajskiego, Fiodor Łukianow są wręcz zdania, że europejska polityka Rosji zakończyła się całkowitym fiaskiem i najwyższy czas na jej rewizję. Dlaczego fiaskiem? Dlatego, że „zmiany układu sił wewnątrz Unii od otwarcie antyrosyjskich państw bałtyckich i Polski, po pełne dobrej woli Austrię i Włochy, w istocie powodują polityczny pat i nic, ani w jedną, ani w drugą stronę się nie zmienia”.

Na to nakłada się, według niego, polityka Waszyngtonu, który nie jest zainteresowany rozmowami z Rosją. A w związku z tym, jeśli nie wchodzi w grę jakakolwiek formuła rosyjsko-amerykańskiego dealu, to Stany Zjednoczone będą – i już to czynią – umacniały oś atlantycką. Jeżeli Waszyngton nie znajdzie posłuchu w Paryżu, czy w Berlinie, to będzie szukał i w państwach Europy Środkowej oraz Południowej, co z obiektywnych powodów przyczyniać się będzie do wzrostu znaczenia skrzydła antyrosyjskiego.

Paradoksalnie, w takiej, sytuacji, argumentuje Łukianow, osłabianie Unii, sprzyja wzmacnianiu więzi atlantyckich, a opóźnia wyzwalanie się Starego Kontynentu spod amerykańskiej kurateli. Tym bardziej, że w Rzymie i w Warszawie, odmiennie niźli w Paryżu i w Berlinie, nikt nie mówi o osłabieniu osi atlantyckiej.

Na to nakłada się, według niego, polityka Waszyngtonu, który nie jest zainteresowany rozmowami z Rosją. A w związku z tym, jeśli nie wchodzi w grę jakakolwiek formuła rosyjsko-amerykańskiego dealu, to Stany Zjednoczone będą – i już to czynią – umacniały oś atlantycką. Jeżeli Waszyngton nie znajdzie posłuchu w Paryżu, czy w Berlinie, to będzie szukał i w państwach Europy Środkowej oraz Południowej, co z obiektywnych powodów przyczyniać się będzie do wzrostu znaczenia skrzydła antyrosyjskiego.

Paradoksalnie, w takiej, sytuacji, argumentuje Łukianow, osłabianie Unii, sprzyja wzmacnianiu więzi atlantyckich, a opóźnia wyzwalanie się Starego Kontynentu spod amerykańskiej kurateli. Tym bardziej, że w Rzymie i w Warszawie, odmiennie niźli w Paryżu i w Berlinie, nikt nie mówi o osłabieniu osi atlantyckiej.

W Moskwie apele o powrót do starych, skoncentrowanych głównie na obopólnie korzystnej współpracy gospodarczej, formuł rozumie się głównie jako narzędzie osłabienia postawy Zachodu wobec agresywnej polityki Rosji. Formuła, nawet jeśli uznać, że taka perspektywa się rysuje, bussines as usual, jest z rosyjskiego punktu widzenia nęcąca o tyle, o ile prowadzi w efekcie do osłabienia więzi Europy ze Stanami Zjednoczonymi.

Jeśli powstanie Fort Trump i wzmocni się obecność Stanów Zjednoczonych w naszej części kontynentu, to może okazać się, że będziemy obserwować znaczący spadek entuzjazmu po stronie rosyjskiej do rozwijania relacji handlowych między Rosją a Unią Europejską.

–Autor: Marek Budzisz źródło: ( tygodnik.tvp.pl )