Rosja/Wenezuela: Tajne czartery, zielone ludziki. Putin pisze krwawy scenariusz dla Wenezueli

Mieli przylecieć z Rosji i Afryki, a ich zadaniem jest ochrona prezydenta Nicolasa Maduro. Informacja o rosyjskich najemnikach w Wenezueli pojawiła się niemal jednocześnie z groźbą wybuchu wojny domowej. Budzi też spore wątpliwości – przede wszystkim jeśli chodzi o prawdziwy cel misji.Moskwa, która w ostatnich latach zapewniła Wenezueli kilkanaście miliardów pomocy finansowej w postaci kredytów i zapłaty za dostawy ropy, bardzo mocno poparła Nicolasa Maduro. Rosyjscy politycy oskarżają USA o wywołanie kolejnej „kolorowej rewolucji” i chęć uczynienia z Wenezueli swego regionalnego wasala. Kiedy jednak rzecznika Kremla zapytano 25 stycznia, czy dzień wcześniej Maduro podczas rozmowy telefonicznej zwracał się do Władimira Putina o pomoc wojskową lub finansową, Dmitrij Pieskow powiedział, że nie. Tego samego dnia Reuters opublikował obszerny artykuł o tym, że do Wenezueli trafiła jednak znaczna grupa rosyjskich najemników.

Psy wojny

Według Reutersa w Wenezueli może się znajdować nawet 400 pracowników rosyjskich prywatnych spółek najemniczych. Pierwsi mieli się pojawić tam jeszcze w maju 2018 roku, ale niedawno dostali poważne wsparcie z Rosji. Wśród tych najemników mają być wagnerowcy, a głównym zadaniem jest ochrona prezydenta Maduro.

Głównym źródłem agencji w tej sprawie okazuje się Jewgienij Szabajew. Kim jest? To samozwańczy „ataman” kozackiej wspólnoty Chworino (właściwie to żadni z nich potomkowie Kozaków), jeden z najbardziej znanych zwolenników legalizacji prywatnych spółek najemniczych w Rosji. Z relacji Szabajewa wynika, że Kompania Wagnera (spółka najemnicza finansowana przez bliskiego Putinowi biznesmena Jewgienija Prigożina, znana z misji w Donbasie, Syrii i Afryce) „dostała rozkaz niezwłocznego sformowania grupy specjalnej oraz otrzymała zadanie ochrony najważniejszych osób publicznych”. Grupa ta miała być sformowana głównie z najemników, którzy „pracowali w Gabonie i Sudanie”. Wagnerowcy mieli być przetransportowani dwoma czarterami do Hawany, a stamtąd zwykłymi liniami pasażerskimi do Caracas, gdzie dotrzeć mieli 22 stycznia. Szabajew, powołując się na kontakty w rosyjskich służbach bezpieczeństwa, twierdzi, że najemnicy mają nie dopuścić do tego, by prezydenta Maduro zatrzymali ewentualni zwolennicy opozycji będący w szeregach jego ochrony.

– Nasi ludzie są tam bezpośrednio po to, by go chronić – powiedział samozwańczy ataman.

Oczywiście Reuters opiera się na więcej niż jednym źródle. Inni informatorzy – tym razem już anonimowi – mówią, że pierwsza grupa najemników trafiła do Wenezueli już w maju 2018 roku, tuż przed wyborami prezydenckimi. Posiłki faktycznie „w ostatnim czasie” przybyły – mówią te źródła Reutersa – ale nie są z pewnością tak liczne, jak mówi Szabajew (400 ludzi). Za to potwierdzają słowa Szabajewa, że ci najemnicy przylecieli nie z Rosji, a z krajów, gdzie do niedawna brali udział w misjach.

Tajemnicze czartery

Taką informację może potwierdzać intrygująca historia kilku rejsów rosyjskich samolotów w rejon Morza Karaibskiego w styczniu. Wiadomo, że w ostatnich tygodniach spora liczba należących do władz Rosji samolotów lądowała w Wenezueli lub w sąsiednich krajach. I nie były to maszyny z oficjalną delegacją czy pasażerskie, o turystycznych czarterach nie mówiąc.

Weźmy choćby samolot Ił-96, który należy do specjalnej jednostki powietrznej przewożącej najważniejsze osoby w państwie rosyjskim (numer boczny RA-96019). 19 stycznia tenże samolot wystartował z Moskwy i wziął kurs na Dakar. Ze stolicy Senegalu 21 stycznia maszyna poleciała za Atlantyk, do stolicy Paragwaju. Z Asuncion Ił-96 poleciał do Ciudad del Este (także Paragwaj) – a stamtąd w dniu 23 stycznia na północ, w stronę Morza Karaibskiego. W pobliżu Kuby rosyjska maszyna zniknęła z radarów – wyłączono transponder. Potem został włączony, ale samolot wracał już do Moskwy. Wszystko wskazuje na to, że właśnie tą maszyną transportowano najemników. Zabrano ich z Afryki i dowieziono do Hawany (nie wiadomo tylko, skąd Paragwaj na trasie), skąd rejsowymi samolotami dostali się do Wenezueli.

A przecież to nie jedyny tajemniczy lot. Na przykład 23 stycznia z moskiewskiego Wnukowa wystartował Gulfstream G500. Poleciał bezpośrednio do Caracas. Podobno samolot poleciał do Wenezueli bez pasażerów. Tam po krótkim postoju wrócił do Moskwy, a już po godzinie wyleciał do Turcji i lądował na macierzystym lotnisku w Stambule. Maszyna należy do pewnego tureckiego miliardera. Co (jeśli w ogóle) przewoziła do Wenezueli? Czy z powrotem zabrała jakichś ludzi? Nie wiadomo. Równie tajemniczo wyglądał inny startujący z Wnukowa samolot. 28 stycznia do Caracas odleciał Boeing 777 – bez pasażerów, ale z dwiema załogami. Był to rejs firmy Nordwind Airlines, która specjalizuje się w turystycznych czarterach. Ale do Caracas maszyna poleciała bez pasażerów.

Cenna głowa Maduro

Rzecznik Kremla zaprzeczył oczywiście doniesieniom o wysłaniu do Wenezueli uzbrojonych Rosjan w celu zapewnienia osobistego bezpieczeństwa Maduro. „Strach ma wielkie oczy” – stwierdził Pieskow w telewizyjnym programie. Jednak to nie słowa władz rosyjskich skłaniają do wątpliwości. Prędzej pytanie, jaki jest sens w wysyłaniu najemników przez Moskwę do Wenezueli? Zacznijmy od kwestii nr 1. Wagnerowcy dotychczas w różnych misjach zajmowali się m.in. ochroną obiektów i interesów należących do Rosji. W Syrii zostali rok temu zmasakrowani przez Amerykanów, gdy chcieli zawładnąć instalacjami naftowymi, do których rościł sobie prawa sponsor Kompanii Wagnera, Prigożin. W Republice Środkowoafrykańskiej szkolili ochronę prezydenta, ale też pilnowali interesów Prigożina w kopalniach złota. Podobnie w Sudanie.

Jednak w Wenezueli nie ma rosyjskich obiektów, które musieliby ochraniać uzbrojeni Rosjanie. Wszystkie projekty, w które zaangażował się Rosnieft, są zarządzane przez operatora, państwowy koncern PDVSA. Rosyjski koncern w grudniu 2017 roku dostał licencje na prace na złożach gazowych Patao i Mejillones – ale oba leżą na szelfie Morza Karaibskiego. Na lądzie Rosnieft uczestniczy w eksploatacji naftowych projektów Petromiranda, Petromonagas, Petrovictoria, Boqueron i Petroperija. Całą infrastrukturę ochraniają siły wierne Maduro. Jeśli nie ochrona biznesu, to może faktycznie zapewnienie bezpieczeństwa prezydentowi Wenezueli? Teoretycznie Maduro nie ma z tym problemu. Nie dlatego, że ma wokół siebie wiernych rodaków. Dlatego, że jest wręcz przeciwnie.

Bezpośrednie bezpieczeństwo zapewniają Maduro – podobnie jak wcześniej Hugo Chavezowi – oficerowie kubańskiej służby bezpieczeństwa DI. Fachowcy, jakich mało – wszak przez dekady potrafili ochronić Fidela Castro przed nasyłanymi przez USA zamachowcami. Wspólny amerykański wróg połączył reżim Castro z reżimem Chaveza. Kubańskie służby odegrały ważną rolę w umocnieniu władzy prezydenta Wenezueli po próbie jego obalenia w 2002 r. DI naszpikowała „doradcami” wenezuelską bezpiekę. Kubańczycy szkolili miejscowych oficerów w metodach inwigilowania i zwalczania opozycji, przeorganizowali cały aparat bezpieczeństwa. Po śmierci Chaveza, za rządów Nicolasa Maduro wpływy kubańskie jedynie wzrosły. To z powodu obecności oficerów DI w świcie prezydenckiej kilka lat temu Maduro nie dotarł na Zgromadzenie Ogólne ONZ w Nowym Jorku. Samolot musiał zawrócić do Caracas, bo Amerykanie odmówili wiz Kubańczykom…

źródło/więcej:  ( )