Samochód, który można było naprawić jednym kluczem, super popularne radio i motocykle – jedne z najlepszych w Europie – to przykłady polskiej myśli technicznej sprzed prawie 100 lat. W rocznicę odzyskania niepodległości sprawdzamy, jakie technologie tworzyli i znali Polacy w latach 20. i 30. XX wieku.

Po odzyskaniu niepodległości Polacy wzięli się do porządkowania kraju i budowania nowoczesnego państwa. Byliśmy pionierami nie tylko w radiofonii, ale i mistrzami lotnictwa cywilnego. Rozmawiamy o tym z Jerzym Lemańskim z Narodowego Muzeum Techniki.

Marta Bellon, Business Insider Polska: Jakiego rodzaju technologie były obecne w życiu codziennym Polaków w 1918 roku i okresie międzywojennym?

Jerzy Lemański, specjalista ds. merytorycznych, Narodowe Muzeum Techniki w Warszawie: 100 lat temu duża część technologii była uzależniona od dostępu do elektryczności, która rozpowszechniła się na świecie i zaczęła być używana w latach 80. XIX wieku. Jednak w Polsce pojawiła się znacznie później.

W 1918 roku dostęp do elektryczności miało w naszym kraju bardzo niewielu Polaków, głównie ci mieszkający w miastach. Na wsi zelektryfikowanych było mniej niż 1 proc. gospodarstw. Zatem to, co wchodziło do użytku dziennego na zachodzie, na przykład w Niemczech, u nas nie mogło się pojawić. Nie z racji ceny, ale z powodu braku dostępu do energii elektrycznej.

Inaczej było z motoryzacją, bo motoryzacja prądu nie potrzebowała. Ówczesne samochody potrzebowały paliwa płynnego, a nie energii elektrycznej. Rozwój motoryzacji mógł więc w Polsce przyśpieszyć, ale hamował go brak dróg.

W latach 20. ich budowę zaniedbano. Dopiero w latach 30. budowa dróg powoli ruszała i powstawały nawet dalekowzroczne plany połączeń autostradowych. Brak dróg i brak elektryczności powodował, że znajdowaliśmy się w ogonie Europy.

Trzeba pamiętać też, że w 1918 roku odziedziczyliśmy państwo w stanie totalnego bałaganu. Obowiązywały trzy różne systemy, co było szczególnie widać w kolejnictwie, inne przepisy w zaborze pruskim, inne w Galicji i zupełnie inne w zaborze carskim. W dodatku w tym ostatnim stosowano też inny rozstaw szyn.

To wszystko należało ujednolicić, co stanowiło rzecz niesłychanie trudną. To, co my zrobiliśmy w okresie 1918-1939, dziś powinno napawać nas dumą. Polacy do tej pory nie zdają sobie z tego sprawy.

W listopadzie odzyskaliśmy niepodległość, a zaraz potem już w 1918 roku pojawiły się Centralne Warsztaty Samochodowe – CWS, które miały za zadanie skonsolidować specjalistów od samochodów. A następnie postawić warsztaty, w których zamierzano z początku dokonywać napraw samochodów, a z czasem nawet produkować nowe auta. I to się stało.

Powstał samochód CWS T-1 projektu inżyniera Tadeusza Tańskiego, więc jeśli chodzi o motoryzację, mieliśmy pewne sukcesy, aczkolwiek niestety nie takie, jak na przykład w lotnictwie.

Polski CWS T-1 był najmocniejszą konkurencją dla samochodu Rolls-Royce Phantom I

Czy CWS T rzeczywiście jeździły po polskich drogach, czy raczej nie był to powszechny środek transportu?

Wyprodukowano ich kilkaset. Ten samochód był bardzo dobrze skonstruowany. Inżynier Tański, wiedząc, jaki jest u nas słaby dostęp do serwisu, zaprojektował go tak, że silnik można było rozkręcić jednym kluczem.

W Polsce przed II wojną światową wystartowała też produkcja innych marek. Produkowaliśmy przecież Fiata 508.

Jednak najpopularniejszym autem w tamtym czasie nie był Fiat, ale Chevrolet. Wytwarzano też Buicki, które należały do aut ekskluzywnych. Podczas gdy Fiat 508 kosztował 5400 zł, za Buicka w dobrym wyposażeniu należało zapłacić 22 tys. zł. Był to samochód z radiem, co w tamtych czasach należało do rzadkości.

Samochody jakiej marki najczęściej jeździły po polskich drogach jako taksówki?

Również Chevrolety.

Trzeba też powiedzieć, że w tamtym czasie zajmowaliśmy czołowe miejsca w sektorze produkcji motocykli. Wytwarzaliśmy między innymi motocykle z rodziny Sokołów, których jakość nie tylko nie ustępowała, ale czasem nawet przewyższała produkty niemieckie, czy angielskie.

Pamiętajmy jednak, że gdy Polska odzyskała niepodległość, nie istniała ani jedna stacja benzynowa. Pierwsza powstała przy Emilii Plater w Warszawie w 1924 roku, zaraz potem w Poznaniu. Były jednak bardzo rzadkie, a nazywano je pompami.

Czy były dziedziny, w których byliśmy lepsi niż reszta Europy?

Była to na pewno radiofonia.  Jest to dla nas powód do dumy. W radiofonii mieliśmy stosunkowo niewielkie opóźnienia po I wojnie światowej. To była tak młoda dziedzina, że inne państwa też dopiero raczkowały.

Gdy Polska odzyskała niepodległość w 1918 roku, na świecie nie było jeszcze żadnej radiostacji, która nadawałaby regularny program radiowy.

Podobnie jak powstały warsztaty samochodowe, powstały też zakłady radiotechniczne, po to, by zrzeszyć pracowników łączności. Tych, którzy nauczyli się obsługi urządzeń nadawczych w wojsku.

Już w 1925 roku zaczęto z Warszawy nadawać program radiowy.

Byliśmy w stanie to zrobić, dlatego że mieliśmy po prostu dobrych inżynierów czy z jeszcze innego powodu?

Przede wszystkim mieliśmy ogromny zapał. Co ciekawe, do roku 1921 posiadanie radioodbiornika było w Polsce karane więzieniem, bo uznawano go za sprzęt wojskowy. Sejm musiał zmienić całą ustawę o radiofonii i pozwolić na posiadanie radioodbiorników.

Za aprobatą rządu i dzięki pożyczce z Wielkiej Brytanii udało się zbudować ogromne centrum nadawcze w Raszynie. A konkretnie w Łazach. Ten maszt funkcjonuje do dziś. Uruchomiona w 1931 roku radiostacja raszyńska dysponowała mocą 120 kW. Żadne państwo w Europie nie posiadało tak potężnego nadajnika.

Dzięki takiej mocy język polski można było usłyszeć na dużym terenie Europy, a czasami zdarzało się, że nawet za oceanem.

Wysyłaliśmy mocny sygnał, ale co z tego, kiedy na przykład na wsi nikt nas nie odbierał? Ale w końcu dotarliśmy do chłopów z sygnałem radiowym. Wilhelm Rotkiewicz, młody student Politechniki, zaprojektował radio kryształkowe, które nazywano Detefonem.

To radio sprzedawano wraz z wyposażeniem, w tym z 50-metrową anteną, którą należało rozwiesić między dachem domu a najwyższym drzewem i koniecznie uziemić. Bo zdarzało się, że od uderzenia pioruna spaliło się nie tylko radio kryształkowe, ale płonęło także całe gospodarstwo.

Przed wojną na zakończenie programu, gdy spiker, zwany wówczas zapowiadaczem albo radiowieszczem, się żegnał, mówił: bardzo prosimy abonentów posiadających odbiorniki detefonowe o sprawdzenie uziemienia. To było niesłychanie ważne.

Detefon działał tak, że antena pobierała nie tylko sygnał, ale i niewielką ilość prądu. Radio sprzedawano z kompletem słuchawek, przez które można było słuchać nadawany program.

Mogło obsłużyć dwie pary słuchawek, ale Polacy, jak zawsze, poradzili sobie i z tym ograniczeniem. Zauważyli, że jeżeli słuchawki włoży się do blaszanej miski i jeszcze w tej misce położy pęk kluczy, to cała rodzina może się nad nią pochylić i wysłuchać audycję, np. słuchowisko.

Państwo dało niemal cenę dumpingową, dopłacało do Detefonu, dzięki czemu mógł się on na wsi upowszechnić. Samo radio kosztowało 15 zł, ale do niego potrzebne były jeszcze: słuchawki z kablem o długości 2 metrów, detektor kryształkowy w szklanej obudowie, izolowane przewody łączące radio z anteną i uziemieniem, antena oraz izolatory i gumowe rurki izolujące przewód na odcinku podokiennym. Taki komplet to był wydatek rzędu 30 zł.

Nie trzeba było jechać do Warszawy, czy gdzieś indziej, by je kupić. Można je było zamówić w najbliższym urzędzie pocztowym lub nawet u listonosza, i kupić na raty.

Abonament w tamtym okresie kosztował 3 zł, ale posiadacze Detefonu płacili abonament w wysokości zaledwie 1 zł. To była kapitalna rzecz dla tych ludzi na wsi. Pierwszy raz mogli usłyszeć koncert symfoniczny czy poznać książki Sienkiewicza, bo poziom analfabetyzmu był wtedy bardzo wysoki.

A do mogli usłyszeć, co się dzieje w kraju.

Tak, radio stanowiło swoistą tubę propagandową. Udało się połączyć z nim większość społeczeństwa. To był ogromny sukces II Rzeczypospolitej. Przed II wojną mieliśmy już milionowego abonenta.

A biorąc pod uwagę to, że wtedy rodziny były 9-12-osobowe, to jest bardzo dużo, bo wychodzi, że co trzecie gospodarstwo miało radio.

W miastach, gdzie elektryfikacja osiągnęła znacznie wyższy poziom, korzystano z odbiorników zasilanych prądem i wyposażonych we wzmacniacze.

Mieliśmy kapitalnych wytwórców, m.in. Elektrit z Wilna. To była światowa czołówka. Philips mógł się od nas uczyć. Robiliśmy jedne z najlepszych odbiorników w Europie. Jako jedni z pierwszych wprowadziliśmy na przykład magiczne oka do strojenia, tak popularne w odbiornikach powojennych. A w dodatku wszystko robiliśmy sami.

Dobre radio było jednak drogie. Kosztowało ok. 700-800 zł. Biorąc pod uwagę, że robotnik zarabiał mniej niż 200 zł, to za odbiornik wysokiej klasy musiał zapłacić równowartość 3-4 pensji.

Czyli te najlepsze mieli tylko najbogatsi?

Tak, choć można było też kupić radio elektryczne za 220-230 zł, już całkiem dobrze grające. Zazwyczaj radio traktowano jako najważniejszy mebel w mieszkaniu i zajmowało ono honorowe miejsce. Tam, gdzie pojawiła się elektryczność, każdy natychmiast zbierał pieniądze na zakup odbiornika.

Jeszcze w jakiejś dziedzinie byliśmy naprawdę dobrzy?

Zdecydowanie lotnictwo. Byliśmy potęgą przez duże “P” w cywilnym lotnictwie sportowym. Polacy od początków awiacji bardzo lubili latać, naszych inżynierów ciągnęło do lotnictwa.

Wśród nich było trzech wspaniałych młodych inżynierów z Politechniki Warszawskiej – Rogalski, Wigura i Drzewiecki. Zaczęli projektować samoloty z rodziny RWD (nazwa to pierwsze litery nazwisk konstruktorów – red.).

Samolot RWD-6 zaprojektowano specjalnie na Międzynarodowe Zawody Samolotów Turystycznych – Challenge 1932, organizowane w Berlinie. Te zawody uznawano za najważniejszą imprezę lotniczą na świecie.

Żwirko i Wigura zajęli tam pierwsze miejsce, pokonując faworyzowanych Niemców, i to z ogromną przewagą. W kolejnych zawodach, organizowanych dwa lata później w Polsce, znów wygraliśmy. To nie przypadek – byliśmy najlepsi.

Gdzie produkowano samoloty RWD?

Na Okęciu. W latach 30., gdy Warszawa się rozbudowywała, podjęto decyzję, że lotnictwo wojskowe zostanie zlokalizowane na Okęciu, a cywilne na Gocławiu. My naprawdę dysponowaliśmy wtedy nowoczesnym sprzętem, mieliśmy bardzo mało wypadków lotniczych, jedną z najlepszych średnich w Europie. Jednak trzeba pamiętać, że samoloty wtedy inaczej wyglądały, największy mógł zabrać na pokład 15 osób.

A jeśli chodzi o technologię wykorzystywaną w życiu codziennym – pralki, lodówki – zaczynała być obecna sto lat temu w Polsce?

Pralki były ręczne, korzystano też z usług praczek. Sklepy oferowały pralki elektryczne, np. niemieckiej firmy Miele. Na początku lat 20. były to pralki drewniane, przypominające wyglądem beczki. W latach 30. pojawiły się pralki blaszane. Jednak elektryczna pralka to były wielkie pieniądze. Pamiętajmy, że wtedy rzeczy elektryczne, bardziej skomplikowane, były bardzo drogie.

Drogie były też w tamtym czasie maszyny do pisania. W międzywojniu taka maszyna kosztowała 700-800 zł. To były cztery pensje inżynierskie. Dziś laptop kosztuje mniej niż jedna pensja.

Sklepy ze sprzętem gospodarstwa domowego oferowały odkurzacze elektryczne w cenie 100-150 zł, a także elektryczne lodówki, których cena oscylowała w granicach 500 zł. Wyglądały jednak inaczej niż dziś, były mniejsze. To wszystko było jednak wyłącznie w zasięgu ludzi zamożnych, na takie rzeczy mogło sobie pozwolić zaledwie 3-4 proc. społeczeństwa. (źródło tekstu:Business Insider )